2014/02/14

Znasz-li ten kraj, gdzie traktory na drogach?



fot. Bartłomiej Sowa / www.teatrosterwy.pl


Na ciemnej, ciemnej scenie stoi straszna, straszna klatka. A w tej strasznej, strasznej klatce zamknięto dziwne, przedziwne osoby. To osoby tego dramatu. „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” to śmieszno-straszne puzzle o zabarwieniu narodowo-historycznym, z elementem regionalnym. 

Gdy widzowie zajmują swoje miejsca, oni już siedzą na czyśćcowych krzesłach, bez kurtyny, w niebieskawym przymglonym świetle. Trochę zdają się obserwować, trochę zajmują się sobą, jak to w poczekalni. Na brzegu klatki stoją głowy manekinów w rozmaitych perukach. Wszystkie przedmioty i postacie, obecne w przestrzeni scenicznej, tworzą makabryczny i groteskowy obrazek, którego ramę stanowi obskurna druciana krata. 


Siedzę bardzo blisko, ponieważ mój IV rząd okazał się drugim, jako że na potrzeby rozbudowanej scenografii zaanektowano część widowni. Widzę zatem dokładnie ich trupie twarze, na których maluje się niechęć, zawiść i zgorzkniałość. Nabieram pewności, że jestem w piekle. Albo w okolicy. Wnętrze klatki nagle wypełnia ostry blask jarzeniówek, zwiastujący rozpoczęcie akcji. Zaczynają się narzekania, pretensje, oskarżenia, tłumaczenia. Jak to po śmierci, jak to w zaświatach – nadchodzi pora rozliczeń z życiem. 
 
fot. Bartłomiej Sowa

Towarzystwo na scenie stanowi wybuchową mieszankę osobowości, zatem i ich doświadczenia układają się w barwną, wielowątkową opowieść, spojoną jednym faktem: wszyscy żyli nie tak, jak chcieli. Dla egzaltowanej gwiazdki (Marta Ledwoń) „Warszawa jest jedynym rozwiązaniem”, a mało wykwintna śmierć pod kołami traktora to największa plama na jej aktorskim honorze. Zniedołężniały Generał (Krzysztof Olchawa) w górze od munduru, spodniach od pidżamy, znanych skądinąd ciemnych okularach, kapciach-lwach i z kroplówką u boku zwierza się, że chciał dołączyć do armii Andersa, ale pech (a konkretnie: przymarznięty język) sprawił, że zdążył tylko do Ludowej. Skoro mowa już o wojsku, to warto wspomnieć również o dwóch koleżankach z obozowego burdelu. Podczas ucieczki jedna wepchnęła drugą do studni, zagarniając dla siebie wszystkie kosztowności zdobyte od niemieckich żołnierzy. Od tego momentu upiorna Wanda (Marta Sroka) będzie odwiedzać dawną „przyjaciółkę” (Halszka Lehman), aż do jej samospalenia na dachu, w obliczu komorniczej egzekucji. Spalona kobieta w czyśćcowo-piekielnej poczekalni dzierży pod pachą figurkę Matki Boskiej i zrzędliwym głosem powtarza swoją mantrę: „Hitlerowcy lepiej mnie traktowali niż administracja tego państwa”. 


W tym doborowym gronie nie mogło zabraknąć akcentu wyraźnie lubelskiego. W tej roli pojawia się dresiarz – kibic Motoru, zastrzelony przypadkowo przez policjanta w czasie zamieszek na stadionie. Postać zarówno barwna, jak i nieco banalna (za to świetnie zagrana przez Wojciecha Rusina). Podobnie jak chłopiec (również ciekawa kreacja Daniela Dobosza) zaniedbany przez zapracowanych rodziców, ogarnięty konsumpcyjną manią, zrównującą w jego dziecinnym umyśle „mieć” z „być”. 


Jest jeszcze biskup (Paweł Kos) – reprezentant bezbarwnej części duchowieństwa, zasłaniającej się „oficjalnym stanowiskiem” i nudnymi tłumaczeniami – oraz niemiecki turysta-erotoman (Przemysław Gąsiorowicz), szukający wrażeń i zdrowych Polek podczas wycieczek do Danzig (bo przecież nie do Gdańska). Mamy zatem przekrój społeczeństwa od lewej do prawej, w poprzek i na opak (lub na wznak). 


Opowieści bohaterów nierozłącznie splatają się z polską pogmatwaną historią i oblewają politycznym sosem. Na ścianach raz po raz zawieszane są obrazy, protestacyjno-afirmacyjne transparenty i ogłoszenia stanowiące kwintesencję tzw. demokracji i kapitalizmu w wersji rzeczpospolitej. W konsekwencji klatka zaczyna przypominać śmietnisko idei i historii (ach, jakże to górnolotnie zabrzmiało, pomyślała Katarzyna, pisząc te słowa o 01:59 w półsennym amoku). Pobrzmiewająca w tle muzyka (czy raczej ledwo słyszalne niepokojące dźwięki) oraz perfekcyjna charakteryzacja budują nastrój horroru. Jest jednak haczyk – ponieważ ów horror ujęto w pogrubiony nawias groteski, ironii i dowcipu. Demirski włożył w usta postaci teksty pełne komicznie przejaskrawionych cytatów z codzienności prowincji, pojmowanej dwojako: jako prowincja Europy (Polska) i Polski (Lublin), gdzie wszyscy chcą lepszego życia, cokolwiek miałoby to znaczyć.  


„Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” jest zatem spektaklem, który ma bezlitośnie / prześmiewczo odsłaniać (lub wręcz obnażać) narodowe i ludzkie wady, obsesje czy fobie. Swoje zadanie spełnia wyborowo. Śledź więc, obywatelu, repertuar Osterwy, może się w nim ten zacny tytuł wkrótce zjawi ponownie.
fot. Bartłomiej Sowa
 A teraz kilka szczegółów:
Teatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie
"Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł"
autor: Paweł Demirski
reżyser: Remigiusz Brzyk
Więcej informacji na stronie teatru