Nalewka z wiśni już gotowa. Pierwszorzędna.
Tydzień temu dane mi było odwiedzić „miasto inspiracji”. Lublin, rzecz jasna. Znów na starych śmieciach, w domu waryjatów lub raczej waryjatek przy sławetnej ulicy Jutrzenki. Zjechała się większość dawnego (no, może jeszcze nie aż tak bardzo dawnego, wszak skończyłyśmy studia zaledwie kilkanaście tygodni temu) towarzystwa. Jak w latach młodości chmurnej i durnej szalałyśmy, pląsałyśmy w dzikie wino (i inne trunki) zaplątane, ze śpiewem na ustach i czipsami w zębach. Ech, życie;)
Następnego dnia wybrałyśmy się, jak przystało na staruszki, do Nałęczowa. Do sanatorium, ot co. DżiPiEs złośliwiec podyktował nam trasę, o jakiej najwybitniejsi drogowcy nie śnili w najgorszych koszmarach. Jechałyśmy więc w tempie starodawnego dyliżansu, a może jeszcze wolniej. A Monika ustępowała pierwszeństwa wszystkim napotkanym rolnikom na traktorach. Przechadzałyśmy się po parku, podziwiałyśmy krajobraz złotej jesieni, chłonęłyśmy geriatryczny spokój i sanatoryjną atmosferę. Nie sposób nie pomyśleć w takiej chwili o pewnej słynnej powieści Manna albo o opowiadaniach Schulza. Kto wie, może znajdowałyśmy się wówczas w jakichś nielegalnych odnogach czasu, przeznaczonych jedynie dla osób powyżej 60. roku życia?
 |
| (fot. Dorota Osypiuk) |
 |
| (fot. D. O. jak również w przypadku wszystkich pozostałych zdjęć z tego posta) |
 |
| kiedyś będziemy się tam wywczasować |
 |
| zamyśliłam się albo pająk na suficie |
Rozleniwiona niedziela zakończyła się wieczornym clubbingiem (a tak) w wielkim stylu;) Oczywiście, jako praktykujące krześcijanki, rozpoczęłyśmy nasz clubbing „churchingiem” – a konkretnie wizytą u dominikanów (zdecydowanie polecam lubelskich dominikanów, mają kazania na przyzwoitym poziomie umysłowym, co dziś niestety rzadkie). Później dołączyła do nas Karolina (całkiem jeszcze świeżo upieczona mężatka) i wkroczyłyśmy w gościnne progi znamienitej żydowskiej Mandragory.
 |
| we wnętrzu Mandragory |
Później zajrzałyśmy jeszcze tu i ówdzie.
 |
| miało być pozowane. wyszło jak zwykle;) |
Ale już młodość nie taka młoda, więc wczesną nocą (vel późnym wieczorem) zakończyły się nasze absolwenckie rozrywki. Na Jutrzenki czekała na nas przecież buteleczka wina! I Neska.