strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty

2012/01/11

żona Lota i król lew, czyli rzecz o spoglądaniu wstecz

„Żona Lota, która szła za nim, obejrzała się i stała się słupem soli” (Rdz 19,26). A mówili, ostrzegali, żeby nie patrzeć, nie oglądać się, że absolutnie zabronione. Nie posłuchała i jej wzrok utknął tam na zawsze. Ani kroku dalej, usłyszała niewidzialny rozkaz. Ani kroku naprzód, bo spojrzałaś wstecz, głupia babo. Jak się za mocno patrzy wstecz, to koniec z podążaniem naprzód. Delikwent/-ka za sprawą niewłaściwie skierowanego spojrzenia nieruchomieje. Bo to, co „za”, jest dobrze znane i lubiane, nawet jeśli nieróżowe, a to, co „przed” – obce i nie-wiadomo-jakie.

Zatem odkreślać przeszłość grubą krechą? Ha, nie takie proste, naiwniacy. W odległych czasach mojego dzieciństwa na ekrany kin wszedł światowej klasy film animowany „Król Lew”. Parę dni temu łaskawie nam panująca telewizja publiczna uraczyła swoich widzów powtórką tego dziełka kinematografii. Ale co to ma wspólnego z żoną Lota? Otóż, główny bohater rzeczonego filmu, Simba, w pewnym momencie zapomniał, kim jest. Górnolotnie i prawie naukowo można by rzec, że zatracił tożsamość. Dopiero śmieszny pawian (którego imienia nie pamiętam) uświadomił mu, że jest synem Mufasy – czyli następcą tronu. Simba musiał spojrzeć wstecz, wrócić myślami do początku, żeby umożliwić dzianie się przyszłości.

Takie to komplikacje na tem świecie nieszczęsnem.


2011/10/31

żegnanie

Śmieszy mnie zmiana czasu. Wczoraj wieczorem wróciłam z miejsca, w którym czas płynie jak chce, niezależnie od zegarków i godzin. To miało być ostatnie i ostateczne pożegnanie z życiem studenckim, z legitymacją i wszelkimi przywilejami. Miałam odebrać swój magisterski, polonistyczny, kulowski dyplom i wracać czem prędzej. Ale, jak śpiewa poeta, „zbudź się człowieku i tak wszystko popieprzą”. A bo pani z dziekanatu nie wpisała mi kiedyś jakichś przedmiotów do indeksu elektronicznego, a bo w związku z tym jakaś blokada i druga pani nie może się do tego dokopać, a bo nikt nie wie o co chodzi i chociaż dyplom leży sobie przede mną nowiuśki, piękny i ze zdjęciem, to pani nie może mi go dać, bo nie ma suplementu, bo tamta pani zapomniała, a dziekan już sobie poszedł i dziś nie podpisze… i tak dalej. Co z tego, że taki dokumencik potwierdzający moje wykształcenie wyższe uniwersyteckie niezmiernie by mi się przydał, co z tego, że obrona była w czerwcu, więc panie miały sporo czasu, żeby to ogarnąć i co z tego, że będę musiała jeszcze raz pofatygować się do Lublina, narażając się na bankructwo, bo koniec z ulgowymi biletami. Panie są przecież zmęczone i poirytowane.

Na szczęście nie zabrakło też tak zwanych pozytywnych aspektów tej wizyty w mieście radosnej młodości akademickiej. Neska już na klatce schodowej przywitała mnie swoim obłędem-szaleństwem (bieg, podskoki, piszczenie, szczekanie, merdanie). Wieczór z procentami, promilami i smętno – wesołym śpiewaniem starych piosenek z dzieciństwa. Pustawa i ciemna starówka, światła i dźwięki dobiegające z lokali wszelakiej maści, pubów, kawiarń, restauracji. Lublin znajomy i swojski.

Zadomowienie. Raj utracony.

Nieodparta chęć pójścia do czytelni i spędzenia tam kilku godzin w poszukiwaniu prawdy o słowie.

Tęsknica za nocnym ślęczeniem nad niezrozumiałością tekstu.

Najważniejsze ujęte w jak najmniejszej ilości znaków.